Wesołe przygody Tobiasza Bobczyńskiego na Maninach
: 2026-05-01, 11:56
Majówkę czas zacząć stwierdziłem, że trzeba jechać za granicę, bo u nas szaro, brzydko, zimno...
Padło na Maníny w Sulowskich Wierchach, a zaczynamy w Plevník-Drienové, aby zajść Małego od tylca.
Część I - Veterná Bašta zmusiła nas do odwrotu
Ruszamy, Mały Manin przed nami, widoczna formacja skalna Veterná Bašta (Wietrzny Bastion)

Lasy na Słowacji są bardziej zielone.

Podchodzimy pod skały. Robią wrażenie.

Razem ze mną pojawiła się grupa wspinaczy.

Oni maja swoje plany, a ja swoje... a Tobek też coś knuje

Ruszamy osypiskiem wzdłuż skał.

Wciąż robią wrażenie. Mam zamiar iść wzdłuż, a potem wyjść jak człowiek kulturalnie, a nie męczyć się jak wspinacze co nie potrafią pomyśleć.

Ale Tobi ma parcie. Tam gdzie robi się prościej idzie w górę i patrzy na mnie wymownie.

Mam do niego pełne zaufanie, skoro idzie, to znaczy że da się.

Robi się coraz stromiej, ale walczy jak lwica, aby pokazać, że nie pomylił się i na pewno da się.

Utknęliśmy. Szkoda, bo jesteśmy już wysoko i nie uśmiecha mi się schodzić. Z tego miejsca były 2 warianty w górę. Pierwszy bardzo stromy, a drugi nie wiadomo, bo nie widać za zakrętem, a żeby zobaczyć, trzeba przejść nad przepaścią.

Ruszamy stromym, po paru metrach trudne miejsce. Wypcham Tobiego w górę. Chowam aparat. Sam mam plan jakoś wyjść za nim, ale po 15 minutach kombinowania poddaje się. Liczyłem na chwyt krzaka dzikiej róży, ale czuję, że wyrywam ją z korzeniami i nie odważyłem się podciągnąć. Ale dupaka. Nie dość, ze odniosłem porażkę, to jeszcze cały się pocharowałem. Pytanie czy Tobi da radę się wycofać, czy zaufa i spadnie mi w ręce, a ja go złapię i nie spadniemy. Daliśmy radę. Zeszliśmy te parę metrów i spróbowaliśmy wariantem niewiadomym. Tobi musiał się przełamać, żeby przejść nad przepaścią.

Okazało się, że to była właściwa droga, a szczyt grzebienia skalnego był już blisko.

Teraz schodzimy wzdłuż grzebienia. Wyszliśmy na niego od lewej.

A to miejsce które nas pokonało. Dokładnie środkiem próbowaliśmy, jak widać to był już prawie szczyt, z dołu nie było tego widać. Właściwie to mnie pokonało, Tobi by wyszedł. No ale jesteśmy zespołem.

Końca nie widać. Po podejściu do krawędzi odsłaniają się kolejne poziomy.

Przestrzeń coraz bardziej się otwiera.

Tobi już nie jest taki mądry, panika w oczach.

Ale trzeba iść, jeszcze ten jeden poziom.

Koniec. Spotykam wspinaczy. Jakby tak jeszcze stanąć na tym wysuniętym cypuliku pośrodku, to mógłbym poczuć się w pełni usatysfakcjnowany.

Stoję na cypuliku jestem w pełni usatysajcjonowany i posrany. Wspinacze coś do mnie mówią, ale w obcym języku. Nie wiem o co im chodzi. Może o to, że nie mam kasku?

Okolica jest piękna. Plevník-Drienové gdzie parkuję, pośrodku droga z której zrobiłem pierwsze zdjęcie w relacji.

Widok na drugą stronę.

Zbliżenie na Sulowskie Skały.

Tobek Bobek.

Przyroda.

Veterná Bašta (Wietrzny Bastion) - cudowne miejsce!
Pora wracać w górę.

Zawsze zastanawiam się co Tobi widzi w patrzeniu się w przepaść.

Ja też patrzę

Koniec grzebienia skalnego. Pora ruszać ku następnym przygodom.

Chociaż tak po prawdzie, to wrażeń jak na jeden dzień już było wystarczająco
C.D.N.
Padło na Maníny w Sulowskich Wierchach, a zaczynamy w Plevník-Drienové, aby zajść Małego od tylca.
Część I - Veterná Bašta zmusiła nas do odwrotu
Ruszamy, Mały Manin przed nami, widoczna formacja skalna Veterná Bašta (Wietrzny Bastion)
Lasy na Słowacji są bardziej zielone.
Podchodzimy pod skały. Robią wrażenie.
Razem ze mną pojawiła się grupa wspinaczy.
Oni maja swoje plany, a ja swoje... a Tobek też coś knuje
Ruszamy osypiskiem wzdłuż skał.
Wciąż robią wrażenie. Mam zamiar iść wzdłuż, a potem wyjść jak człowiek kulturalnie, a nie męczyć się jak wspinacze co nie potrafią pomyśleć.
Ale Tobi ma parcie. Tam gdzie robi się prościej idzie w górę i patrzy na mnie wymownie.
Mam do niego pełne zaufanie, skoro idzie, to znaczy że da się.
Robi się coraz stromiej, ale walczy jak lwica, aby pokazać, że nie pomylił się i na pewno da się.
Utknęliśmy. Szkoda, bo jesteśmy już wysoko i nie uśmiecha mi się schodzić. Z tego miejsca były 2 warianty w górę. Pierwszy bardzo stromy, a drugi nie wiadomo, bo nie widać za zakrętem, a żeby zobaczyć, trzeba przejść nad przepaścią.
Ruszamy stromym, po paru metrach trudne miejsce. Wypcham Tobiego w górę. Chowam aparat. Sam mam plan jakoś wyjść za nim, ale po 15 minutach kombinowania poddaje się. Liczyłem na chwyt krzaka dzikiej róży, ale czuję, że wyrywam ją z korzeniami i nie odważyłem się podciągnąć. Ale dupaka. Nie dość, ze odniosłem porażkę, to jeszcze cały się pocharowałem. Pytanie czy Tobi da radę się wycofać, czy zaufa i spadnie mi w ręce, a ja go złapię i nie spadniemy. Daliśmy radę. Zeszliśmy te parę metrów i spróbowaliśmy wariantem niewiadomym. Tobi musiał się przełamać, żeby przejść nad przepaścią.
Okazało się, że to była właściwa droga, a szczyt grzebienia skalnego był już blisko.
Teraz schodzimy wzdłuż grzebienia. Wyszliśmy na niego od lewej.
A to miejsce które nas pokonało. Dokładnie środkiem próbowaliśmy, jak widać to był już prawie szczyt, z dołu nie było tego widać. Właściwie to mnie pokonało, Tobi by wyszedł. No ale jesteśmy zespołem.
Końca nie widać. Po podejściu do krawędzi odsłaniają się kolejne poziomy.
Przestrzeń coraz bardziej się otwiera.
Tobi już nie jest taki mądry, panika w oczach.
Ale trzeba iść, jeszcze ten jeden poziom.
Koniec. Spotykam wspinaczy. Jakby tak jeszcze stanąć na tym wysuniętym cypuliku pośrodku, to mógłbym poczuć się w pełni usatysfakcjnowany.
Stoję na cypuliku jestem w pełni usatysajcjonowany i posrany. Wspinacze coś do mnie mówią, ale w obcym języku. Nie wiem o co im chodzi. Może o to, że nie mam kasku?
Okolica jest piękna. Plevník-Drienové gdzie parkuję, pośrodku droga z której zrobiłem pierwsze zdjęcie w relacji.
Widok na drugą stronę.
Zbliżenie na Sulowskie Skały.
Tobek Bobek.
Przyroda.
Veterná Bašta (Wietrzny Bastion) - cudowne miejsce!
Pora wracać w górę.
Zawsze zastanawiam się co Tobi widzi w patrzeniu się w przepaść.
Ja też patrzę
Koniec grzebienia skalnego. Pora ruszać ku następnym przygodom.
Chociaż tak po prawdzie, to wrażeń jak na jeden dzień już było wystarczająco
C.D.N.